Recenzje - Kino

Midsommar. W biały dzień - recenzja spoilerowa

2019-07-08 11:52:26

UWAGA: Recenzja zdradza kluczowe elementy fabuły filmu.

Ari Aster filmem „Dziedzictwo. Hereditary” w 2018 roku zwrócił na siebie uwagę miłośników kina grozy, choć w zasadzie dzieło to horrorem absolutnie nie jest, a raczej dramatem rodzinnym z domieszką dreszczowca na samym końcu. Jednak nic dziwnego nie ma w tym, że na kolejny tytuł tego twórcy czekaliśmy z wielkimi nadziejami. Czy Aster ponownie zbudował wyjątkową, duszną atmosferę i sprawił, że przejmujemy się losami bohaterów? A może jednak poległ i kolejne dzieło po świetnym „Herdeitary” obnaża wszelkie artystyczne niedociągnięcia młodego wizjonera? Przeczytajcie recenzję filmu „Midsommar. W biały dzień”!

Midsommar. W biały dzień

„Dziedzictwo. Hereditary” był dramatem przez większość seansu, a horrorem przez ostatnich 15 minut, natomiast „Midsommar. W biały dzień” przez 15 minut jest dramatem, a reszta to… raczej thriller, bo cech horroru nie uświadczycie tu żadnych. Tu po prostu nie ma się czego bać, drastyczna scena jest jedna, a całość stara się trzymać nas w napięciu głównie poprzez intrygujący klimat niepokoju i zagrożenia, którego nie widać na pierwszy rzut oka.

Historia skupia się na Dani, którą poznajemy w kryzysowym momencie. Bohaterka dowiaduje się, że jej chora psychicznie siostra popełnia samobójstwo mordując jednocześnie także rodziców (ewentualnie ci także trują się spalinami z samochodu – nie powiedziano tego wprost). Co więcej, chłopak Dani (Christian), dla którego problemy bohaterki są uciążliwe już od dłuższego czasu, chce się z nią rozstać, ale para dostaje szansę na zacieśnienie więzi, gdy jeden z kolegów Christiana – Pelle zaprasza ich na wyjazd do rodzinnej wioski w Szwecji, gdzie w komunie żyje mała społeczność, szykując się do tytułowego święta lata. Tam właśnie nasza grupka bohaterów wybiera się, by przeżyć 9 dni wakacji w zgodzie z naturą i poznać obce, regionalne zwyczaje w folkowej aurze miłości i obrzędów.

Na miejscu okazuje się, że trwa nie tylko lokalne święto, ale też tzw. dzień polarny (midnattssol), przez co bohaterowie tracą poczucie czasu, a noce są jedynie umowne, gdy niebo zachodzi szarzyzną. Dla  Christiana i jego kolegów, którzy nie stronią od używek wszelakich (zwłaszcza lubią palić „zioło”) doskonałym zbiegiem okoliczności jest fakt, że co rusz wszyscy częstowani są różnymi, podejrzanymi miksturami. Także Dani daje się namówić na chwile relaksu, mając przy tym ciekawie ukazane wizje (fazy?), ale bohaterka nie zostawiła w domu stresu pourazowego i nadal ma ataki paniki i płaczu po stracie bliskich.

Miejscowe zwyczaje szwedzkiej społeczności, od sposobu poruszania się, mówienia i nieustannego tańca, przez potrawy i zachowanie przy stole, aż po kolejne rytuały, stają się dla amerykańskich bohaterów równie fascynujące, co niezrozumiałe, aż do tego stopnia, że skłaniają Christiana i jego kumpla Josha do pisania pracy naukowej, co nie jest zbytnio na rękę lokalnym obywatelom. Dlaczego? To okazuje się już drugiego dnia, kiedy Dani i reszta są świadkami rytuału polegającego na uśmierceniu dwójki 72-letnich osób (wiek graniczny w tamtejszych wierzeniach i rozwiązanie w miejsce opieki społecznej).

Jednak zszokowani bohaterowie, dla których takie praktyki są nie do pojęcia, nie wyjeżdżają jak najprędzej do domu, lecz dają się namówić na pozostanie i dalsze, aktywne uczestnictwo we wszystkim, co proponują im ekscentryczni gospodarze. Trudno uzmysłowić sobie, kto przy zdrowych zmysłach zdecydowałby się na pozostanie, biorąc nadal coraz dziwaczniejsze specyfiki podawane przez gospodarzy. Co więcej, niebawem dosłownie przepada bez śladu bohater, który głośno krytykował lokalne praktyki, a pozostali dają wmówić sobie jawne kłamstwo, że ten postanowił wyjechać bez pożegnania.

W tym momencie cały klimat filmu, niezwykła aura tajemniczości, nietypowy klimat radosnej wioski, pełnej przyjaznych Szwedów, poczucie niepokoju u widza oraz emocjonalne zaangażowanie rozsypują się jak domek z kart, ujawniając prawdziwe oblicze filmu. Tak naprawdę „Midsommar. W biały dzień” to kolejna produkcja o grupie amerykańskich imprezowiczów, którzy kolejno mordowani są przez mieszkańców europejskiego miasta, do którego wybrali się na wczasy. Aster powiela klisze i schematy, które wszyscy znamy, wyróżniając swoje dzieło od dziesiątek innych jedynie pięknymi zdjęciami – artystycznym opakowaniem, pod którym nie ma nic nadzwyczajnego. Tutaj nie ma się czego bać, a w miejsce strachu dostajemy przekonanie, że tylko nasza Dani przetrwa do końca. Pytanie tylko - jak? Choć w sumie na żadnym etapie bohaterowie nie konfrontują się z „lokalsami”. Co by było, gdyby po prostu spakowali się, wsiedli do auta i postanowili odjechać? Tego Aster nam nie pokazuje.

Szkoda, że „Midsommar” okazuje się być jedynie wydmuszką, ewentualnie polem do popisu dla antropologów kultury i psychologów, dla których zachowanie Dani będzie ciekawsze niż dziwaczne rysunki, którymi mieszkańcy ozdobili wnętrza swych domów. Podobnie intrygująca od strony psychologicznej jest technika grupowego współodczuwania tego co jednostka, niezależnie czy jest to ból, czy orgazm.

Szkoda też, że dostaliśmy film wyjątkowo krzywdzący dla Szwedów, przedstawiający ich jako bandę psycho-kultystów, organizujących co 90 lat festiwal, którego główne punkty polegają na składaniu ludzi w ofierze. Ah, racja, jest też konkurs tańca na wytrzymałość, który jakimś sposobem wygrywa Dani, dająca się wcześniej poznać, jako wiecznie zapłakana miłośniczka rozciągniętych dresów. Skoro już przy Dani jesteśmy, to trzeba przyznać, że Florence Pugh gra tą rolę rewelacyjnie, popisując się niezwykłą paletą emocji i wyrażając milion uczuć poprzez mimikę, gesty czy ruch. Jej aktorstwo ostatecznie podwyższa ocenę końcową filmu o dwa punkty.  

Ocena końcowa: 6/10

Michał Derkacz

Film zobaczyłem w kinie Cinema City Wroclavia.

fot. materiały prasowe

Słowa kluczowe: film, opinia, ocena, analiza, Ari Aster

Midsommar. W biały dzień - zdjęcia z filmu (9)

Midsommar. W biały dzień - zdjęcia z filmu  - Zdjęcie nr 1
Midsommar. W biały dzień - zdjęcia z filmu  - Zdjęcie nr 2
Midsommar. W biały dzień - zdjęcia z filmu  - Zdjęcie nr 3
Midsommar. W biały dzień - zdjęcia z filmu  - Zdjęcie nr 4
Midsommar. W biały dzień - zdjęcia z filmu  - Zdjęcie nr 5
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Zobacz także
Yesterday - recenzja

Komedia romantyczna o świecie bez muzyki Beatlesów to nowe dzieło Danny'ego Boyle'a. Czy warto zobaczyć?

Deerskin
Deerskin - recenzja przedpremierowa

Oceniamy nowy, równie szalony film twórcy "Morderczej opony".

Annabelle wraca do domu
Annabelle wraca do domu - recenzja

Jeden dom, jedna noc, trzy bohaterki i wiele duchów.

Polecamy
"What happens in Vegas, stays in Vegas"
"What happens in Vegas, stays in Vegas"

Las Vegas. Stolica hazardu i rozpusty. Prawdziwe Sin City, Miasto Grzechu naszych czasów.

Volkodav: ostatni kicz
Volkodav: ostatni kicz

Miał być film dorównujący poziomem „Władcy Pierścieni”. Zamiast tego rosyjscy twórcy za 30 milionów dolarów zafundowali widzom przeciętne i kiczowate fantasy, które trudno potraktować poważnie.

Premiery filmowe
Zapowiedzi filmowe
O nich się mówi
Ostatnio dodane
Yesterday - recenzja

Komedia romantyczna o świecie bez muzyki Beatlesów to nowe dzieło Danny'ego Boyle'a. Czy warto zobaczyć?

Deerskin
Deerskin - recenzja przedpremierowa

Oceniamy nowy, równie szalony film twórcy "Morderczej opony".