Recenzje - Kino

Przylądek obłąkanych

2010-04-01 11:55:59

Na tej wyspie nie obowiązuje prawo – jest tylko protokół naczelnika. Tutaj pośród przeszywających wrzasków i przerażających wspomnień więźniowie leczą się ze swojej choroby psychicznej. A Ty trafiasz pomiędzy nich. Witaj na Shutter Island.


Rok 1954, Zatoka Bostońska. Szeryf federalny Teddy Daniels (Leonardo DiCaprio) razem ze swoim partnerem zostaje wezwany do Shutter Island – znajdującego się na samotnej wyspie szpitala psychiatrycznego dla najgroźniejszych przestępców, których „społeczeństwo uznaje za niegodnych leczenia”. Jego zadanie wydaje się dość proste – ze swojego pokoju uciekła Rachel Solando, pacjentka, która niegdyś utopiła swoje dzieci, a następnie usadziła je martwe przy stole i zjadła z nimi obiad. Podczas śledztwa Teddy napotyka na wiele trudności, związanych głównie z nieprzychylnością naczelnego doktora Johna Cawley’a (Ben Kingsley) oraz jego starszego kolegi, dr Jeremiah Naehringa (wiekowy Max von Sydow). Na domiar złego, pracowity funkcjonariusz policji zaczyna miewać potężne migreny i flashbacki z wyzwalania obozu w Dachau, podczas którego wziął udział w wielkiej masakrze nieuzbrojonych SS-manów. Każdy jego krok na Shutter Island przybliża go do rozwiązania mrocznych sekretów schizofrenicznej wyspy...

Leonardo DiCaprio wielkim aktorem jest – tak uważam i uważać będę dalej, gdyż w „Wyspie tajemnic” mnie nie zawiódł. Widać, że jest to już czwarty film Martina Scorsese, w którym otrzymał on angaż. Panowie doskonale się rozumieją, co owocuje bardzo zgrabną współpracą: Scorsese jak wprawny szlifiarz tworzy idealnie gładką kulę fabularno-techniczną, którą później, niczym Atlas, bierze na swoje barki DiCaprio, na którym oparta jest cała historia w filmie. Nie mam Leo niczego do zarzucenia – no, może tylko to, że wystąpił w „Titanicu”.

Najlepszy na planie jest zdecydowanie Ben Kingsley, który najwidoczniej przypomniał sobie swoje świetlane, oscarowe czasy. Chociaż jego postać pojawia się na ekranie rzadko, to jest ona najbardziej tajemnicza i wzbudza w widzu niepohamowaną niepewność. Doktor, rzekomo przeprowadzający lobotomię na swoich pacjentach, wyposażony w aerodynamiczny wąsik, skutecznie skupia na sobie uwagę, będąc kluczowym składnikiem budowanego napięcia.

A to z kolei jest wyborne. Scorsese wykorzystuje multum zabiegów, aby powołać do życia gęstego demona thrillerowej atmosfery. W „Wyspie tajemnic”, nawet bardziej niż w „Infiltracji”, reżyser sięgnął do ulubionego narzędzia Quentina Tarantino – tj. do długich dialogów, z tym, że bez nieodzownej u tego drugiego krwawej masakry. U Scorsese dialogi z gromami w tle są niczym poszczególne kawałeczki w skomplikowanym patchworku klimatu. Pozostałe elementy to gra ciszą i szeptem, szczególnie przerażająca w bloku C – dla najgroźniejszych psychopatów - czy chociażby sugestywne obrazki na ścianach gabinetu dr Cawley’a. Nie sposób także nie wspomnieć o znakomitej oprawie muzycznej, miejscami przypominającej w sumie motyw trąbki z Matriksa, która jednak ma swój koronny wkład w ciężką atmosferę „Wyspy tajemnic”. Warto zwrócić uwagę na specyficzne ujęcia, zastosowane przez Scorsese – duże zbliżenia na twarze podczas słownej szermierki aktorów, czy specjalnie zamontowaną kamerę na samochodzie.

Nawet się nie domyślacie, jak ciężko jest zrecenzować „Wyspę tajemnic”. W tym bowiem przypadku, w labiryncie porównań, wolnych myśli i autorskich interpretacji, prowadzącym ostatecznie do powstania tekstu, co rusz natrafia się na minotaura z wyciętym w futrze napisem „spoiler”. Chociaż na klawiaturę same cisną mi się tytuły filmów, które bazują na tym samym schemacie, co dzieło Scorsese, to muszę odganiać je energicznymi ruchami – nie wolno mi zepsuć Wam zabawy z oglądania „Wyspy tajemnic”. Tak samo jestem tym razem zmuszony odłożyć na bok większość swoich interpretacyjnych wybiegów, bo każdy z nich powodowałby niebezpiecznie szybkie miganie czerwonej kontrolki z podpisem „spoiler alarm”. Cóż, c’est la vie. Doceńcie to.
                                                                                                                                                                                                  
Nie zmienia to faktu, że nie powstrzymam się przed interpretacją oczywistych pytań, zadawanych nam przez twórców filmu. Dr Cawley nazywa Shutter Island „fuzją sprawiedliwości i terapii”, gdzie personel stara się uleczyć pacjentów, albo zapewnić im spokój. Pytanie brzmi: czy psychopatyczni mordercy zasługują na spokój? Czy może dozwolone są wobec nich operacje na otwartym mózgu, jako nieprzewidziana przez wyrok część kary za swoje czyny? W tej części interpretacji zawrzeć należy także rozważania na temat tego, czy zabijanie bezwzględnych, ale równocześnie bezbronnych morderców jest uprawnione do wywoływania wyrzutów sumienia. Scorsese porusza wątek traumy powojennej, która prowadzi słabych ludzi do obłąkania, związanego z brakiem siły psychicznej na udźwignięcie wspomnień zbrodni i obrazów wojennych. Na dodatek mamy tutaj historię żony Teddy’iego, która rzekomo zginęła w pożarze domu, a której on nie pozwala odejść, ciągle żyjąc przeszłością. Dylemat brzmi: kiedy powinno się w końcu odpuścić, bez poczucia niespełnionego obowiązku żałoby, powrócić do normalnego życia, pomimo swoich przygnębiających doświadczeń. Jest tego jeszcze więcej, ale jak się rzekło w poprzednim akapicie – nie wolno mi.

Najmocniejszą stroną „Wyspy tajemnic” jest zbudowana przez Scorsese atmosfera, na którą składają się części wcześniej wspomniane. Teddy rozmawia z pacjentami na temat zaginionej, a widz tylko czeka na moment, kiedy psychicznie chory rozmówca wybuchnie, zrobi coś nieprzewidywalnego. O dziwo, w filmie występują chyba tylko dwie jump scenki, co należy mu zapisać zdecydowanie na plus. Zaryzykuję także stwierdzenie, którym przysporzę sobie zapewne wielu wrogów – miejscami klimat „Wyspy tajemnic” przywodził mi na myśl wspomnienie ponadczasowego dzieła Kubricka o wszem i wobec znanym tytule „Lśnienie”. Obejrzyjcie film Scorsese i zastanówcie się, czy to porównanie jest uzasadnione.

„Wyspa tajemnic” to film naprawdę dobry – trzymający w napięciu i opowiadający ciekawą historię. Jego największą wadą jest to, że cała zagadka, utrzymywana w kafkowskim klimacie, zostaje pod koniec bezpardonowo rozwiązana, nie pozostawiając widza z jakimikolwiek pytaniami. Zabrakło mi jakiegoś ostatecznego zwrotu akcji czy chociażby mrugnięcia do publiczności, które sugerowałoby, że nie wszystko jest takie, jakim się mieni. W każdym razie osobiście polecam film Martina Scorsese – dobre kino, ale z drugiej strony nie jest to pozycja absolutnie obowiązkowa. Nie mogę się już doczekać kolejnego dzieła tego reżysera : czy będzie to „Sinatra”, czy „Milczenie Boga” – wchodzę w to w ciemno.

Wojciech Busz
(wojciech.busz@dlastudenta.pl)

Recenzja powstała dzięki:

Słowa kluczowe: wyspa tajemnic recenzja Martin Scorsese, Leonardo DiCaprio, Ben Kingsley, recenzja, Shutter Island
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Zobacz także
120 uderzen serca
120 uderzeń serca - recenzja

Oceniamy zdobywcę Grand Prix Festiwalu w Cannes.

mindhunter
Mindhunter - recenzja pierwszego sezonu

Czy wczesna psychoanaliza seryjnych morderców to dobry temat na serial? Zapoznajcie się z naszą opinią o nowej produkcji Netflixa.

Listy do M. 3
Listy do M. 3 - recenzja

Czy Karolak w stroju Świętego Mikołaja się kiedyś znudzi?

Polecamy
„Zaczarowany” świat Walta Disneya
„Zaczarowany” świat Walta Disneya

„Zaczarowana” to lekki, zabawny, trochę zakręcony film. Świetny pomysł na relaks po stresującym dniu, szczególnie teraz, kiedy sesja spędza sen z powiek niejednego studenta

Niech żyje Król! (Król Lew 3D – recenzja)
Niech żyje Król! (Król Lew 3D – recenzja)

O fenomenie „Króla Lwa” można by było pisać i pisać. Pewnie, że jego trójwymiarowa wersja powstała po to, żeby wyciągnąć kasę od kolejnego, zachwyconego nim pokolenia. Dla mnie była to jednak genialna podróż sentymentalna i przypomnienie, dlaczego „Król Lew” złotymi zgłoskami zapisał się w historii kina

Premiery filmowe
Zapowiedzi filmowe
O nich się mówi
Ostatnio czytane
„Zaczarowany” świat Walta Disneya
„Zaczarowany” świat Walta Disneya

„Zaczarowana” to lekki, zabawny, trochę zakręcony film. Świetny pomysł na relaks po stresującym dniu, szczególnie teraz, kiedy sesja spędza sen z powiek niejednego studenta

Niech żyje Król! (Król Lew 3D – recenzja)
Niech żyje Król! (Król Lew 3D – recenzja)

O fenomenie „Króla Lwa” można by było pisać i pisać. Pewnie, że jego trójwymiarowa wersja powstała po to, żeby wyciągnąć kasę od kolejnego, zachwyconego nim pokolenia. Dla mnie była to jednak genialna podróż sentymentalna i przypomnienie, dlaczego „Król Lew” złotymi zgłoskami zapisał się w historii kina

Popularne
"Zostaną po nas tylko guziki..."
"Zostaną po nas tylko guziki..."

„Katyń” to film przede wszystkim dla Polaków, który pozwala dumę z Polski autentycznie poczuć. Pokazuje – bez względu na to, jak bardzo górnolotnie to brzmi – korzenie narodu polskiego.

Trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać
Trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać

Przerażająca wizja gimnazjalistek, gotowych oddać swoje ciało za opaskę na włosy i pozbawionych wszelkich hamulców moralnych wstrząśnie zapewne każdym

Polecamy