Recenzje - Kino

Starość jednak radość

2010-09-15 13:00:13

Galacticos sensacji, wirtuozi akcji, bożki demolki – niemal wszyscy w jednym miejscu, w jednym filmie. Bardziej sugestywnego zwiastuna intensywnego przeżycia kinowego uświadczyć nie można. Z połączonych sił władców huku i przygody powstali „Niezniszczalni”.


Standardowi bohaterowie amerykańskiego filmu sensacyjnego – twardziele z wojskową przeszłością, podróżujący głośnymi chopperami, pod przewodnictwem Barney'a Rossa (Sylvester Stallone) to spece od brudnej roboty, której nikt inny nie chce się podjąć. Tym razem otrzymują zadanie obalenia dyktatora na maleńkiej wysepce u brzegów Ameryki Południowej. Na miejscu napotkają jednak na przeszkody, spośród których obecność CIA wydaje się najmniej niebezpieczna.  Co uczynią Barney Ross,  Lee Christmas (Jason Statham), Yin Yang (Jet Li) i pozostali, nazywający się „Niezniszczalnymi”?

Przed projekcją filmu, poczyniłem dla siebie pewne założenia, dopiero których wypełnienie spowodowałoby moją pełną satysfakcję z seansu. Otóż po przewertowaniu listy aktorów stwierdziłem, że ci panowie, nadający się w większości na pensjonariuszy oddziału geriatrycznego, nie muszą w zasadzie już niczego w życiu udowadniać – każdy z nich na swój sposób jest przecież gwiazdą. Nawet Lindsay Lohan nie wypiłaby takiej ilości butelek alkoholu, która odpowiadałaby liczbie zaaplikowanych przez Jeta Li kopniaków w ciągu całej jego kariery. Z kolei Jason Statham natransportował się, zdążył naładować się adrenaliną, napaść na parę banków i przy okazji zostać promotorem nielegalnego boksu – chociaż akurat on jest najmłodszy z całej gwardii „Niezniszczalnych”. Dolph Lundgren przeraża mnie swoją aparycją i również ma na swoim koncie adekwatne do niej „role”. O Mickey Rourke'u (Rurku? Byle nie tym od stołu) nie trzeba się nawet zbyt wiele rozpisywać – niesłusznie niedoszły zdobywca Oscara, który niewątpliwie zasłużył na miejsce wśród „Niezniszczalnych” swoimi występami, chociażby w „Sin City”, „Iron Manie 2” czy „Zapaśniku”, jeśli mogę pozwolić sobie na wymienienie tylko kilku ostatnich, w których grał bynajmniej nie potulnego twardziela.

I wreszcie Sly Stallone. Jego półprzymknięte powieki, wykrzywiona twarz i zaburzenia mowy to efekty bardzo ciężkiego porodu, dlatego po prostu nie wypada z nich szydzić. Ten facet to jednak absolutny rekordzista w tym gronie, na pewno jeśli chodzi o liczbę powalonych trupów. W końcu nie bez wyraźnej potrzeby nakręcił aż cztery części przygód mocarnego Johna Rambo oraz pięć odsłon pojedynków Rocky'iego Balboa. Możemy się śmiać z jego umiejętności aktorskich, co oczywiście będę czynił, ale nieprofesjonalnym byłoby niezauważenie tego, jak obie te postacie przeniknęły do języka potocznego, do tej zbanalizowanej popkultury, którą chłonie się od dziecka. Przy tak doborowej obsadzie, czującej się w filmach sensacyjnych jak Meg Ryan i Hugh Grant w komediach romantycznych albo jak Michał Piróg w krakowskiej saunie Spartakus, pragnąłem tylko jednego: zabawy. Moją największą obawą było zbyt poważne potraktowanie filmu przez tę plejadę gwiazd kina akcji, niepotrzebne wczuwanie się w rolę i próba wyciągnięcia głębszego sensu z czegoś, co z założenia musi być płytkie i na wskroś rozrywkowe. Tymczasem ja chciałem zobaczyć na ekranie chemię między tymi sensacyjnymi wyjadaczami, odpowiedni stopień ironii i przede wszystkim świetną zabawę podczas odtwarzania swoich ról. Oraz oczywiście flaki, flaki i jeszcze więcej krwawych flaków.

Pierwsze sceny wydawały się spełniać moje, bardzo wygórowane przecież, oczekiwania. Somalijscy piraci (aktualny temat) porywają statek, ekipa Stallone'a po cichutku się na niego zakrada, Jason Statham serwuje jakiś uszczypliwy, ironiczny komentarz, huk, pif paf, bum i już jeden ze złych koleżków rozpada się na krwawe części w związku ze spotkaniem z salwą z shotguna. Ucieszony, od razu skonstatowałem, że taki początek po prostu musi zwiastować dokładnie taki film, jaki sobie wymarzyłem. I mniej więcej była to prawda.

Z ekranu co chwila padała jakaś podszyta sarkazmem kwestia, wypowiadana między jednym, a drugim wybuchem, z tłem w postaci odgłosów używanego karabinu maszynowego. Niezmiernie podobał mi się sposób, w jaki aktorzy podeszli do tego filmu – przystawał on w pełni do moich założeń. Szczególnie przypadł mi do gustu Jet Li, który łamaną angielszczyzną kilkakrotnie nabijał się ze swojego małego wzrostu. Nie sposób tutaj także nie wspomnieć o gościnnym występie Bruce'a Willisa i Arnolda Schwarzeneggera – scena z nimi, z którą większość z nas zapewne się już zapoznało za pośrednictwem błogosławionego Youtube'a, jest jedną z najlepszych w całym filmie.
                                                                                                                                                                                                   
Dlaczego zatem „Niezniszczalni” tylko „mniej więcej” mnie usatysfakcjonowali? Po pierwsze, pomimo wszystko daje się wyczuć pewną sztuczność pomiędzy aktorami. Owa autoironia Jeta Li wydaje się być nieco wymuszona, a pojedynki słowne między Stathamem a Stallone'm, choć kłócącymi się jak stare, dobre małżeństwo, również nie są do końca wiarygodne. Wywnioskowałem to poprzez porównanie „Niezniszczalnych” do niedawnego hitu, „Drużyny A”, w której humor wydawał mi się o wiele bardziej naturalny i lekki. Cóż, bycie Niezniszczalnym to ciężkie brzemię.

Po drugie, wątek rozgrywający się pomiędzy Sly'em a Sandrą, córką dyktatora, graną przez Giselle Itié. Już w przypadku „Predators” protestowałem przeciwko pojawianiu się w tego typu filmach kobiet, tylko rozpraszających rozstrzeliwujących się nawzajem facetów i niniejszym ów protest ponawiam. Zgodnie z prawidłami gatunku, którym niewątpliwie hołduje Stallone, w „dobrym” filmie akcji musi być kobieta, która przy okazji staje się często bodźcem dla rozwoju fabuły. W „Niezniszczalnych” ten wątek jest jednak wyjątkowo męczący – przede wszystkim dlatego, że ciężko jest odczytać charakter relacji pomiędzy Rossem a Sandrą. Raz wydaje się, że jest ona paternalistyczna, innym razem chciałoby się zanucić „Love is all around”. W ostateczności nie otrzymujemy jakiegoś jednoznacznego jej rozwiązania. Może jest to kwestia aktorstwa – w końcu nie bez kozery Sylvester Stallone jest rekordzistą Złotych Malin, będąc do nich nominowanym 13 razy z rzędu, a ogólnie aż 29 razy w swojej karierze.

Ale wiecie co? Mimo wszystko, „Niezniszczalni” to naprawdę przednia zabawa. Długo jeszcze będę pamiętać świetne ujęcia z samolotu, kiedy Jason Statham stoi na dziobie i ostrzeliwuje latynoskich bandziorów z ogromnego, pokładowego karabinu. Po stronie plusów zapisuję ponadto także muzykę, która bardzo dobrze komponuje się z wydarzeniami w filmie oraz pracę zastępów pirotechników, dzięki której na ekranie jest niemal cały czas żółto i czerwono od wybuchów.

I oczywiście ta plejada aktorów. Chociażby dla nich warto/można wybrać się do kina, żeby sprawdzić, co tym razem udało im się zdziałać. A „Niezniszczalni” wyszli im całkiem nieźle. Wśród nich zabrakło tylko Stevena Seagala i Jean-Claude Van Damme'a, ale od czego są sequele? Jednak biorąc pod uwagę wiek głównych bohaterów, jeśli miałby powstać, to powinien zostać stworzony jak najszybciej. Inaczej „Niezniszczalni – 20 lat później” będzie historią o kilku dziadkach, którzy opowiadają sobie historie z przeszłości w przerwach pomiędzy posiłkami z rurek. Swoją drogą, chciałbym w wieku 64 lat być tak sprawny, jak Stallone! Tego życzę nam wszystkim.

Wojciech Busz
(wojciech.busz@dlastudenta.pl)

Recenzja powstała dzięki:

Słowa kluczowe: niezniszczalni, stallone, statham, rourke, li, recenzja, expendables
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Zobacz także
Oceniamy trzecią część kultowej serii o Czkawce i Szczerbatku.
Jak wytresować smoka 3 - recenzja

Oceniamy trzecią część kultowej serii o Czkawce i Szczerbatku.

Oceniamy najnowszy film anime w reÅźyserii Mamoru Hosody.
Mirai - recenzja

Oceniamy najnowszy film anime w reżyserii Mamoru Hosody.

Oceniamy najnowszy film w reÅźyserii Roberta Rodrigueza.
Alita: Battle Angel - recenzja przedpremierowa

Oceniamy najnowszy film w reżyserii Roberta Rodrigueza.

Polecamy
Burza w szklance wody
Burza w szklance wody

Ciężko mi było zrozumieć cały szum medialno-polityczny jaki przetoczył się w Polsce po amerykańskiej premierze „Oporu". Naprawdę ciężko znaleźć w filmie, poza jednym początkowym epizodem, momenty ukazujące polską ludność w odcieniach antyżydowskich.

Brak działania to też działanie (Wymyk - recenzja)
Brak działania to też działanie (Wymyk - recenzja)

Stojący za kamerą Grzegorz Zgliński stworzył nuklearną bombę przygnębiającej walki człowieka z samym sobą.

Premiery filmowe
Zapowiedzi filmowe
O nich się mówi
Ostatnio dodane
Oceniamy trzecią część kultowej serii o Czkawce i Szczerbatku.
Jak wytresować smoka 3 - recenzja

Oceniamy trzecią część kultowej serii o Czkawce i Szczerbatku.

Oceniamy najnowszy film anime w reÅźyserii Mamoru Hosody.
Mirai - recenzja

Oceniamy najnowszy film anime w reżyserii Mamoru Hosody.