Recenzje - Kino

Przekleństwa niewinności lat 60.

2010-03-19 08:42:06

Lekki i mimo konsekwencji pogodny film „Była sobie dziewczyna" Lone Scherfiga dowodzi, że nie zawsze błędy młodości kładą się cieniem na całym życiu.

Londyn u progu rewolucji obyczajowej lat 60. Gdzieś tam się tli już bunt młodzieży, ale zdecydowanie nie w domu Jenny. Nastolatka ma ojca zafiksowanego na punkcie oszczędzania, Żydów, roli edukacji i podporządkowania swojej córki, oraz całkowicie mu podległą matkę, którzy to razem wzięci są bardziej naiwni od uczennicy tuż przed egzaminami na studia. Jenny jest inteligentna, gra na wiolonczeli (oczywiście w ramach zdobycia punktów za aktywności pozaszkolne w ramach polecenia ojca) i marzy o Francji. A zaraz potem o studiach na Oxfordzie oraz wolności z tym związanej, ale najpierw musi przetrwać ostatni rok w szkole i zdać znienawidzoną łacinę. W jej uporządkowane i przewidywalne życie niespodziewanie wkracza uroczy i czarujący David, który wszystko wie, wszystkich zna i owija sobie zarówno Jenny, jak i jej pozornie nieprzystępnych rodziców wokół małego palca. W przerwach od szalonych wypraw po zadymionych barach i wycieczkach do Paryża, okazuje się, że rzeczywistość nie jest taka różowa, a Jenny wcale nie złapała Pana Boga za nogi, mając wentyl bezpieczeństwa w postaci swojego uroczego boyfrienda.

To nic, że fałsz w postaci Davida wyczuwamy przy poznaniu jego dziarskiej ekipy - wciągając się w fabułę wchodzimy w nią oczami przedwcześnie dojrzałej, również mentalnie, nastolatki, która chce czerpać życie garściami i nie myśli o konsekwencjach. Któż z nas, nie będąc już w tym radosnym okresie  poczucia, że cały świat stoi przed Tobą otworem, nie zatęskni za tą beztroską? Film, bardzo nienachalnie i delikatnie, pokazuje, że nie ma potrzeby chronić dzieci przed popełnianymi przezeń błędami - bo ich niepopełnienie może skończyć się gorszymi konsekwencjami - ja przynajmniej widzę to w naiwnej postawie rodziców Jenny, zachowujących się czasami jak dzieci we mgle.

Wielkim atutem jest dobra gra aktorska. Carey Mulligan w roli Jenny zagrała wręcz brawurowo, świetnie pokazując metamorfozę z zahukanej dzieweczki w pewną siebie, młodą kobietę. Peter Sarsgaard za dużo, oprócz maślanego wzroku wodzącego za Jenny, do pokazania nie miał, ale i tak swoją drugoplanową rolę Davida zagrał pierwszorzędnie. To samo można powiedzieć o Alfredzie Molina i Carze Seymour, sztandarowych antyrodzicach. Także duży plus za realizm psychologiczny.

Nie jest to film wybitny, przewracający światopogląd i świata postrzeganie, ale najzwyczajniej w świecie dobrze zrealizowany i dobry do podetknięcia przyszłym i obecnym rodzicom.

Karolina Kuśmider
(karolina.kusmider@dlastudenta.pl)


„Była sobie dziewczyna” to film o próbie oszukania nieustępliwej kolei losu i dotarcia na skróty do dorosłości. Jednak przemieszczając się między brukowanymi drogami, często można natrafić na złowieszcze bagno – a wtedy pozostają krzyki i modlitwa o pomocną linę.


Dom na przedmieściach Londynu, szkoła dla dziewcząt, marzenia rodziców o Oksfordzie i wiolonczela – oto świat, w którym przyszło żyć Jenny (zjawiskowo grająca Carey Mulligan), ponadprzeciętnie inteligentnej nastolatce o ostrzu humoru powlekanym sarkazmem i słodkiej, niewinnej urodzie. Jest ona tylko wypełnieniem szablonu przyszłości, przygotowanym już dawno przez jej ojca (zabawny Alfred Molina), trybikiem w machinie patriarchalnego posłuszeństwa – jej zadanie to ukończyć szkołę średnią z najlepszymi wynikami, a następnie uzyskać tytuł absolwenta filologii angielskiej na oksfordzkiej uczelni.

Plan jej rodziciela uległ lekkiej deaktualizacji na skutek typowej, londyńskiej pogody (podobno brytyjską wiosnę można poznać po tym, że pada ciepły deszcz). Oto bowiem Jenny, moknąc na przystanku, otrzymuje propozycję podwiezienia od obcego sobie, przystojnego i szarmanckiego Anglika o imieniu David (Peter Sarsgaard). Od słowa do słowa, od gestu do gestu i wreszcie od spotkania do spotkania, szesnastolatka daje się porwać magii dorosłości – u boku Davida może ona wreszcie chodzić na koncerty, oglądać francuskie filmy i słuchać Jacquesa Brela. Dzieje się to oczywiście kosztem szkoły, mieniącej się w nieciekawych barwach adolescencji, tak mało atrakcyjnej przy wyidealizowanym obrazie dorosłego mężczyzny, dzięki któremu Jenny ma okazję zwiedzić Paryż i zasmakować prawdziwej dojrzałości.

Od początku filmu „Była sobie dziewczyna” (wierne tłumaczenie angielskiego tytułu „An Education”) obiektem całości sympatii widza staje się Carey Mulligan. Trudno się dziwić amerykańskiej Akademii, że uhonorowała ją nominacją do Oscara w kategorii „Najlepsza aktorka pierwszoplanowa”. Jest to zdecydowanie odkrycie roku 2009, dotąd bowiem nie miała ona okazji z prawdziwego zdarzenia, żeby rozwinąć przed nami wachlarz swoich umiejętności aktorskich. Tak znakomita gra tym lepiej rokuje na przyszłość – może to zbyt śmiałe stwierdzenie, ale Meryl Streep ciągle poszukuje następczyni na swoje miejsce... Mulligan pomyślnie zgłosiła się do procesu rekrutacyjnego.

Równie dobrze na ekranie prezentuje się Peter Sarsgaard, którego postać jest niezwykle złożona i skomplikowana. Jego pojawieniu się towarzyszy wszechogarniający niepokój, który prowokuje myśli typu „coś z nim jest nie tak”. Uśmiech Davida wydaje się nam maskować jego prawdziwe oblicze i zamiary wobec Jenny, skrywać jego ciemną stronę. Przed Sarsgaardem stanęło naprawdę trudne zadanie – poradził on sobie z nim jednak z iście wirtuozerską precyzją, oddając kompleksowo pociągający symbol dorosłości w osobie Davida. Pozostali aktorzy szczelnie wypełniają tło historii, która krąży wokół nietypowej i budzącej kontrowersje pary kochanków.

Film duńskiej reżyserki Lone Scherfig porusza wiele palących tematów. Najważniejszym z nich jest próba błyskawicznego przejścia w dorosłość, symbolizowaną przez Davida, jego znajomych i Paryż, bez etapu pośredniego. Jenny otrzymuje prawdziwą szkołę dojrzałego życia (stąd zapewne oryginalny tytuł) – pełnego hipokryzji, trudnych wyborów i nie dającego się zamknąć w ramy dwukolorowości, dominując niepewną szarością. Apoteoza dorosłości w wykonaniu szesnastolatki okazuje się być niebezpieczna i złudna oraz że, cytując klasyka, „nie ma skróconych dróg”.

Złożoność fabuły pozwala również na zastanowienie się nad pozycją kobiety w dzisiejszym świecie. W latach 60., ukazanych w „Była sobie dziewczyna”, Jenny została postawiona przed wyborem: albo Oksford, albo małżeństwo – inaczej nie poradzi sobie sama w życiu i nie będzie miała nikogo, kto o nią zadba. Dziewczyna widzi jednak, jak samotnie skończyła jej szkolna nauczycielka i, będąc zamroczoną mirażem dorosłości, nie przychodzi jej do głowy, że może ona być spełniona i szczęśliwa.

Postawione zostaje także pytanie o granice rodzicielskiej ingerencji w życie dzieci, a dokładniej – jak dalece powinni oni planować życie pociech, żeby z kochających nie przerodzić się w despotów, realizujących poprzez rozkazy swoje niespełnione za młodu ambicje. Ten dylemat dobrze ukazuje para ekranowych rodziców – Alfred Molina i Cara Seymour. O obsadzie tego filmu można wypowiadać się w samych tylko superlatywach.
Wiem jedno: na pewno pokażę ten film swojej córce, jeśli kiedykolwiek takową będę miał. Mam nadzieję, że dzięki niemu zastanowi się ona co najmniej pięciokrotnie, zanim wskoczy do czarnego BMW ze starszym mężczyzną, zamiast koncentrować się na beztrosce życia młodzieńczego. Wam to także sugeruję i zarazem polecam wycieczkę do kina.

Wojciech Busz

(wojciech.busz@dlastudenta.pl)

Recenzja powstała dzięki:



Słowa kluczowe: Była sobie dziewczyna recenzja film Lone Scherfig
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Zobacz także
Ramen. Smak wspomnień
Ramen. Smak wspomnień - recenzja przedpremierowa

O tym jak miłość do gotowania potrafi jednoczyć ludzi.

Bumblebee
Bumblebee - recenzja

Kameralne Transformersy od Travisa Knighta to zbawienie dla serii.

Beautiful Boy
Mój piękny syn - recenzja

Timothée Chalamet i Steve Carell w poruszającym filmie o sile ojcowskiej miłości.

Polecamy
Stracona szansa (Mroczny rycerz powstaje - recenzja)
Stracona szansa (Mroczny rycerz powstaje - recenzja)

Film męczy, razi idiotycznymi zwrotami akcji i niewykorzystanymi potencjałami postaci, a od połowy zmienia się w tępą łupaninę.

Piramida - strach być archeologiem [RECENZJA]
Piramida - strach być archeologiem [RECENZJA]

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Powiedzenie to stare jak świat, ale nie odstraszy przecież ambitnych archeologów. A jeśli lubicie oglądać przerażające nagrania z odnalezionych kamer, to "Piramida" Wam się spodoba!

Premiery filmowe
Zapowiedzi filmowe
O nich się mówi
Ostatnio dodane
Ramen. Smak wspomnień
Ramen. Smak wspomnień - recenzja przedpremierowa

O tym jak miłość do gotowania potrafi jednoczyć ludzi.

Bumblebee
Bumblebee - recenzja

Kameralne Transformersy od Travisa Knighta to zbawienie dla serii.