Recenzje - Kino

Narodziny legendy

2010-05-17 11:49:31

Przełom XII i XIII wieku. Robin Longstride (Russell Crowe) to angielski żołnierz, posługujący się łukiem z takim samym profesjonalizmem, jak pani Kwaśniewska bezami. Razem ze swoimi towarzyszami służy królowi Ryszardowi Lwie Serce (dotąd zawsze gloryfikowany, tutaj ukazany jako bezlitosny, nierozsądnie odważny i nie lubiący krytyki), który udał się z krucjatą do Ziemii Świętej. W Akce nakazał masakrę muzułmanów, a w drodze powrotnej na Wyspy postanowił splądrować Francję, uprzykrzając życie swojemu największemu wrogowi, królowi Filipowi Augustowi.


W czasie jedej z bitew król Ryszard ginie na wzór trębacza z krakowskiej Wieży Mariackiej, co umożliwia wstąpienie na tron despotycznemu Janowi. Koronę do Londynu przywozi sam Robin, który podaje się za zmarłego sir Roberta Loxley, któremu obiecał dostarczenie jego miecza ojcu, sir Walterowi Loxley (legendardny Max von Sydow). Sprawa komplikuje się, gdy staruszek wpada na pomysł, aby Robin przez jakiś czas udawał zmarłego sir Roberta, żeby w ten sposób pokazać swoją siłę klerowi, poborcom podatkowym i wszystkim pozostałym. W tej grze uczestniczyć musi wdowa po sir Robercie, lady Marion (Cate Blanchett). A tymczasem Godfrey, królewski poborca i człowiek od czarnej roboty (złowrogi Mark Strong), przemierza kraj i przeprowadza bezlitosną windykację zaległości podatkowych, równocześnie pomagając Francuzom w przeprowadzaniu inwazji na Anglię...

Wprawny czytelnik/widz powinien w tym momencie zmarszczyć czoło i z niecierpliwości zacząć się wiercić na swoim wygodnym fotelu – dobra, ok, wszystko super, ale gdzie historia o szlachetnym złodzieju, co to obdarowywał biednych tym, co zabrał bogatym? Otóż to, bardzo trafna uwaga, uważny Czytelniku. Ridley Scott nie poszedł na łatwiznę i nie zaprezentował widzom kolejnej powtórki z dotychczasowego filmowego schematu przygód Robin Hooda. Jego najnowsze dzieło kończy się właśnie wyjęciem Robina spod prawa, co sprawia, że produkcja Scotta jest swoistym prologiem, czy nawet prequelem szeroko znanej historii genialnego łucznika. To dla mnie wielki plus i zaskoczenie, bowiem nawet w materiałach dystrybutora widnieje opis, który pokrywa się ze scenariuszową, zakapturzoną sztampą.

Co przychodzi Wam na myśl jako pierwsze, kiedy słyszycie hasło „film o Robin Hoodzie”? Pewna ilość osób wskaże zapewne genialnych „Facetów w rajtuzach” Mela Brooksa, ale zdecydowanej większości staną przed oczami Kevin Costner i strzała przeszywająca drugą strzałę, a w ich uszach zabrzmi piękna ballada Bryana Adamsa „Everything I do”. 1991 rok i reżyser Kevin Reynolds zapewnili bowiem widzom najlepszy do tej pory film o przygodach Księcia Złodziei. Ciężko porównywać tamten obraz do produkcji Ridley’a Scotta, chociażby ze względu na różnice fabularne, ale może jednak niezbyt nachalnie i nieśmiało podejmę się zestawienia obu produkcji.

Zacznijmy od końca – muzyka i zdjęcia. W najnowszym „Robin Hoodzie” nie uświadczymy takiego hitu, jak love song Bryana Adamsa, ale otrzymujemy bardzo dobrze dobrany soundtrack, chwilowo przypominający niesamowite melodie, które sączyły się z głośników podczas „Gladiatora”. Zresztą, pod względem technicznym można zauważyć kilka podobieństw do filmu o generale Maximusie – sceny batalistyczne są niemal bliźniacze w obu filmach (mam na myśli sposób ich kręcenia, niekoniecznie choreografię, uzbrojenie itd.), widać charakterystyczny styl prowadzenia kamery, właściwy dla każdego, wybitnego reżysera. Natomiast atak angielskiej konnicy na Francuzów niezwłocznie przywiódł mi na myśl wojska Rohanu, a Cate Blanchett podczas bitwy była niczym Eowina (moje skojarzenia czasami mnie przerażają).
                                                                                                                                                                                                  
Jeśli chodzi o pierwszy element: dla przeciętnego zjadacza kinowych sucharków, Costner to przede wszystkim dwie role: „Tańczący z wilkami” i Robin Hood. Przed Russellem Crowe stanęło zatem poważne zadanie, z którego wywiązał się zjawiskowo. Brudny, pubowy angielski wypluwany z jego nieogolonej twarzy brzmi znakomicie, a jego gra stoi na najwyższym poziomie. Czego się jednak spodziewać po jednym z najlepszych aktorów naszych czasów – po prostu nie zszedł ze swojego fascynującego wysokiego C, w które brzdęka co najmniej od „Szybkich i martwych”, a w pełnym brzmieniu od „Gladiatora”. Swoją drogą, niesamowite jest to, że Crowe w swojej karierze zagrał kilka bardzo wyrazistych postaci, których nalepka nie przyległa do niego na stałe – chociaż dla mnie będzie zawsze Maximusem (w „Robin Hoodzie” zdarza mu się przygladiatorzyć), to nie sposób zapomnieć chociażby o Johnie Nashu, Cal McAffrey'u czy Jeffrey Wigandzie. Przyznacie, że miał on kilka okazji na to, aby stać się aktorem jednego filmu, jak Elijah Wood czy Mark Hamilton, który po kreacji Luke'a nie zagrał już w żadnej liczącej się produkcji. To odróżnia wielkiego artystę, cudowne dziecko dziesiątej muzy od jednostrzałowych bękartów (oczywiście bez obrazy dla Luke'a czy Frodo, którzy przecież na stałe zapisali się złotymi zgłoskami w historii kina).

Pozostali aktorzy starają się trzymać poziom Crowe'a, co wychodzi im całkiem nieźle. Cate Blanchett to równie znamienita artystka, a u boku Nowozelandczyka prezentuje się właściwie, żeby nie powiedzieć: magicznie. Szczególnie podobały mi się nieliczne żarty na ekranie, które były niezwykle trafne i smaczne w filmie tego typu, z założenia będącym raczej historią o znamionach powagi (ale bez przesady). Cała obsada wydaje się być ze sobą zaprzyjaźniona, co uwidacznia się w ich aktorskiej kooperacji. To jeden, świetny i spójny monolit, który aż chce się oglądać. Max von Sydow w roli ślepego sir Williama z Loxley jest stanowczy i delikatnie rubaszny, a drugi mój ulubieniec – zaraz po Russellu Crowe – Mark Strong musiał się chyba urodzić pod czarną gwiazdą. Przez całą swoją karierę gra bowiem tych złych i wychodzi mu to mistrzowsko – niedługo zasłuży pewnie na tytuł Maestro Schwarzcharakterów.

Cóż więcej mogę napisać – „Robin Hood” nie zawiódł moich wygórowanych oczekiwań. Audiowizualnie wspaniały, aktorsko równie dobry. Oscarowo pewnie nie będzie, ale kto wie? Burton i Depp, Scorsese i Di Caprio, Scott i Crowe – na srebrnym ekranie jest kilka takich par, które w tandemie są niczym Midas z rozdwojeniem jaźni: czegokolwiek się nie dotkną, wychodzi wyśmienicie. W przypadku „Robin Hooda” jest nie inaczej.

„Rise and rise again, untli lambs become lions” - takie przesłanie niesie ze sobą film o narodzinach szlachetnego banity. Nigdy się nie poddawaj – a przy okazji skieruj swoje kroki do najbliższej sali kinowej i obejrzyj wirtuozerię duetu Ridley Scott – Russell Crowe.

Wojciech Busz
(wojciech.busz@dlastudenta.pl)

Recenzja powstała dzięki:

Słowa kluczowe: Robin Hood recenzja, Ridley Scott, książę złodzieji, max von sydow, russel crowe, premiera, kijów,
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
  • moje zdanie [0]
    Odpowiedź na: Re: kilka słów
    wojciech
    2010-06-06 23:15:32
    Film nie przypadł mi do gustu. Uważam, że jest przeciętny. Co do recenzji, to napisze tylko, że nie wiem dlaczego przytacza pan postać Eowiny skoro Blanchet zagrała we "Władcy Pierścieni" Galadrielę.
  • Re: kilka słów [1]
    Odpowiedź na: kilka słów
    Wojtek Busz
    2010-05-18 03:52:54
    Dziękuję za te uwagi! Rzeczywiście, głupie błędy zniechęcają - mam dokładnie tak samo. Tym bardziej jestem wdzięczny i oczywiście zostaną one niezwłocznie poprawione. Nie wiem, skąd wziął mi się Livingstone;) Pozdrawiam! WB
  • kilka słów [1]
    agnieszka
    2010-05-17 18:56:11
    Chociaż niekoniecznie z opinią o filmie się zgadzam, stwierdzam,że recenzja napisana została na poziomie, czyta się ją bardzo przyjemnie. ale mam conajmniej dwa zastrzeżenia - nie Livingstone (to nazwisko z filmu przygodowego z 1939;)) tylko Robin Longstride i nie "muzułman" tylko "muzułmanów". Niby szczegóły, a potrafią zniechęcić do dalszej lektury.
Zobacz także
Deerskin
Deerskin - recenzja przedpremierowa

Oceniamy nowy, równie szalony film twórcy "Morderczej opony".

Annabelle wraca do domu
Annabelle wraca do domu - recenzja

Jeden dom, jedna noc, trzy bohaterki i wiele duchów.

3. sezon Stranger Things - recenzja serialu

Czy nowe przygody nastoletnich bohaterów ponownie stoją na wysokim poziomie?

Polecamy
Zabawa w psychoanalizę
Zabawa w psychoanalizę

Nienaganne maniery, piekielna inteligencja, brak uczuć wyższych, czerpanie perwersyjnych przyjemności ze zbrodni - to charakterystyka ulubionego seryjnego mordercy...

Lubaszenko nie w formie
Lubaszenko nie w formie

Zgrane schematy z ministrem chamem czy hollywoodzki pomysł zmiany płci nie są już samograjami, które bez solidnej realizacji zapewniałyby sowitą dawkę rozrywki.

Premiery filmowe
Zapowiedzi filmowe
O nich się mówi
Ostatnio dodane
Deerskin
Deerskin - recenzja przedpremierowa

Oceniamy nowy, równie szalony film twórcy "Morderczej opony".

Annabelle wraca do domu
Annabelle wraca do domu - recenzja

Jeden dom, jedna noc, trzy bohaterki i wiele duchów.