Recenzje - Kino

Mazurska Transylwania

2010-02-16 10:20:26

 Juliusz Machulski jest już legendą polskiego kina i ikoną polskiej komedii. Wobec takich ludzi wypada mieć znacznie większe wymagania. Czy „Kołysanka” zasługuje na bycie obiektem kultu fanów talentu olsztyńskiego reżysera?


Malownicze wioski Mazur są chyba ostatnim miejscem na Ziemi, które mogłoby być areną zjawisk nienormalnych, czy przerażających. A jednak. Poczciwi policjanci dostają co chwilę zawiadomienie o zaginięciu w tajemniczych okolicznościach. Wszystkie tropy prowadzą do skromnej posiadłości państwa Makarewiczów – chorobliwie bladej rodziny, która żyje z rzemieślniczego wyrobu ludowych gadżetów i potrafi przemieszczać się z prędkością wiatru. Niby nic w tym dziwnego – bladość może być kwestią karnacji, ludowe gadżety to pewnie codzienność na Mazurach, a poruszanie się niczym podmuch wiatru zaprezentował już nieraz Usain Bolt – ale rodzina Makarewiczów kryje pewną mroczną tajemnicę, której rozwiązanie znajduje się pod podłogą ich domu, po której stąpają niczego nieświadomi goście.

Praprawnuki hrabiego Draculi borykają się w sumie z całkiem ludzkimi problemami – no, może poza głodem krwi, który zaspokajają drinkami ze stóp okolicznych mieszkańców. On, Michał, stara się wyżywić pozostałych członków rodziny i jest typowym patriarchą. Ona, Bożena, w ciąży, opiekuje się dziećmi, zajmuje się wyrobami ludowymi i marzy o wyjeździe do miasta, do Warszawy. Do tego jest jeszcze Dziadek, któremu wraz z wiekiem wypadają kły i potrzebuje protezy i w końcu czwórka dzieci, które wiodą prawie beztroski żywot. A dla rodziców i tak jest najważniejsze, żeby dziecko miało regularną kupę.

Po dłuższym namyśle wydaje mi się, że Juliusz Machulski dokonał tutaj dość przewrotnego zabiegu. Odwrócił on bowiem role, w których znajdujemy się codziennie i bawiąc się stereotypami, stworzył „historię zemsty”. Otóż w „Kołysance” ci, którzy wręcz przysłowiowo postrzegani są jako bezwzględni krwiopijcy, stali się ofiarami prostych ludzi, którzy akurat okazują się być prawdziwymi wampirami. W piwnicy Makarewiczów ladują po kolei: największy krwiopijca – urzędnik państwowy (pani z opieki społecznej), przedstawiciele najbogatszej instytucji na świecie – ksiądz i ministrant, reporterka wraz ze swoim kamerzystą (te media są przecież takie zakłamane), członek znaczkowego spisku, przez który nasze listy zawsze docierają z opóźnieniem albo w ogóle – listonosz, Niemiec, który przyjechał wykupić polską ziemię oraz policjant, który na co dzień zajmuje się karaniem przykładnych obywateli, zamiast tropić prawdziwych bandytów.

To elitarne grono reprezentuje zespół potocznych opinii i stereotypów o instytucjach państwowych, kościelnych, medialnych czy o zagranicy. Instytucje te ociekają bowiem hipokryzją i jedynym ich celem, tym prawdziwym, jest maksymalne wykorzystanie biednego przedstawiciela rasy ludzkiej. Dlatego „Kołysanka” wprowadza pewien element zemsty – możemy nareszcie zamienić się miejscami i sprawić, żeby to ci standardowi krwiopijcy poczuli, jak nas traktują. Makarewiczowie to metafora prostych ludzi ze wsi, gdzie rodowita, polska zaściankowość trafia na niezwykle podatny grunt. Machulski nie neguje potrzeby istnienia tych instytucji – delikatnie je kontestuje, starając się ośmieszyć bezpodstawne sądy i, paradoksalnie, poprzez wampiry je uczłowieczyć.

Nawet instytucja kościoła katolickiego jest tu ukazana jako niezbędna – w sposób bardzo żartobliwy, ponieważ krew księdza jest ulubionym przysmakiem najmłodszego z Makarewiczów, który dzięki niej może spokojnie spać i co najważniejsze, ma regularną kupę. W „Kołysance” jest wiele smaczków, które na pewno wyłapiecie sami. Ja chciałbym jeszcze tylko wspomnieć o finałowej scenie, która według mnie jest mistrzowską alegorią Radiomaryjnego wsparcia PiSu w obu kampaniach wyborczych z 2005 roku. Sami oceńcie, czy bardzo rozminąłem się z prawdą. Na plus po prostu muszę jeszcze zaliczyć temu filmowi główny motyw muzyczny, który do teraz chodzi mi po głowie. To na pewno sprawka tych wampirowych sztuczek.

Pomimo wymienionych zalet, które sprawiają, że „Kołysanka” wydaje się być inteligentną satyrą zarówno na konserwatywną i podatną na teorie spiskowe wieś, jak i na wyżej wymienione instytucje publiczne, ma ona jedną, koronną wadę, którą zauważyli niemal wszyscy (w tym i szczęśliwie ja) – jest nią brak spójności. Do tej pory Juliusz Machulski wręcz słynął z tego, że tworzył historie rozbudowane, zawiłe i zaskakujące. W przypadku „Kołysanki” wpadł na dobry, niespotykany pomysł (wampiry na Mazurach, odżywiające się krwią ze stóp!), ale zabrakło jego wykorzystania. Fabuła ustąpiła miejsca swego rodzaju kolażowi, wykonanemu z kilku gagów, paru dowcipów słownych i posklejanemu za pomocą wątpliwej jakości kleju.

Co tu dużo mówić, Juliusz Machulski ma pecha. Swoją dotychczasową karierą reżyserską wyrobił sobie opinię solidnego, oryginalnego, pomysłowego i zabawnego artysty, który potrafi zapewnić widzom świetną rozrywkę. Machulski to nie tylko nazwisko, to marka. Elementami nieodłącznymi marki są odpowiedzialność za wyroby nią opatrzone i oczekiwania odbiorców, przyzwyczajonych do wysokiego poziomu markowych produktów. Tym razem wydaje mi się, że Juliusz Machulski nie sprostał oczekiwaniom i znacząco obniżył swoje loty w stosunku do swoich poprzednich filmów. Nawet w starciu z ostatnim swoim filmem – „Ile waży koń trojański” – „Kołysanka” przeżywa nokaut tak mniej więcej w drugiej minucie pierwszej rundy, po zdecydowanie nierównej walce. A to w przypadku tak znamienitego reżysera nienajlepszy znak. Oby był to przejściowy spadek formy.

Maestro Machulski jest tak naprawdę jeszcze młody i choć możliwe, że już nie stworzy nic lepszego, niż np. „Seksmisja” czy „Vabank”, ja wciąż wierzę, że jego opus magnum jeszcze nie powstało, co pozwala mi z optymizmem patrzyć w przyszłość. „Kołysanka” to słabsze interludium w jego wielkim, reżyserskim koncercie. Niestety, Michał Makarewicz nie może stanąć w jednym szeregu z Kwintą, Maksiem, Kilerem czy nawet Cumą. Chociaż z drugiej strony, chylę czoła przed umysłem Machulskiego, który z żonglerki konwenansami i stereotypami stworzył niezłą przypowieść alegoryczną z zaskakującym finałem. Czy warto? Chyba tak, chociaż swoją standing ovation zachowam na czasy późniejsze.

Wojciech Busz
(wojciech.busz@dlastudenta.pl)

Recenzja powstała dzięki:

Słowa kluczowe: Kołysanka, Juliusz Machulski, recenzja, premiera, film polski, czarna komedia, Cinema City,Seksmisja
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
  • ramta ramta ramta ta taaa [0]
    Padanacy
    2010-02-28 21:49:29
    Komedia fajna, zrobiona w dobrym stylu,widać Machulskiego. jest tam zasugerowane ze to koszmar senny, po przebudzeniu bohaterzy pamiętają tylko jakieś słowa. rodzinka wzięta z obrazu "Panny dworskie" Velazqueza. jedno niepokoi - za dożo polityki, jak na film który ma bawić. Krwiopijcy w pałacu prezydenckim ?! i już nie jest aktualne, ze wieś ucieka do miasta.
  • ramta ramta ramta ta taaa [0]
    Padanacy
    2010-02-28 21:48:03
    Komedia fajna, zrobiona w dobrym stylu,widać Machulskiego. jest tam zasugerowane ze to koszmar senny, po przebudzeniu bohaterzy pamiętają tylko jakieś słowa. rodzinka wzięta z obrazu "Panny dworskie" Velazqueza. jedno niepokoi - za dożo polityki, jak na film który ma bawić. Krwiopijcy w pałacu prezydenckim ?! i już nie jest aktualne, ze wieś ucieka do miasta.
Zobacz także
Kochając Pabla, nienawidząc Escobara - recenzja

Czy filmowa biografia jednego z najsłynniejszych przestępców XX wieku to dobry film? Przeczytaj recenzję!

Przemiana - film
Przemiana - recenzja

Oceniamy ekranizację bestsellerowej powieści dla młodzieży.

fot. materiały prasowe
Jurassic World: Upadłe królestwo - recenzja

Oceniamy kontynuację wielkiego przeboju z 2015 roku.

Polecamy
Slow West - Fassbender na Dzikim Zachodzie [RECENZJA]
Slow West - Fassbender na Dzikim Zachodzie [RECENZJA]

Michael Fassbender jako doświadczony rewolwerowiec, eskortujący szukającego miłości nastolatka, w świecie pozbawionym nadziei. "Slow West" to surowe, choć dojrzałe i zaskakujące, choć proste kino. Przeczytaj recenzję!

Przeznaczenie, czy ślepy los? ("Jeff wraca...")
Przeznaczenie, czy ślepy los? ("Jeff wraca...")

Czy istnieje coś takiego jak przeznaczenie? Wszystko, co dzieje się z nami i wokół nas to przypadek, a może kierunkowskaz prowadzący nas na właściwą drogę?

Premiery filmowe
Kupony i kody rabatowe
Zapowiedzi filmowe
O nich się mówi
Ostatnio dodane
Kochając Pabla, nienawidząc Escobara - recenzja

Czy filmowa biografia jednego z najsłynniejszych przestępców XX wieku to dobry film? Przeczytaj recenzję!

Przemiana - film
Przemiana - recenzja

Oceniamy ekranizację bestsellerowej powieści dla młodzieży.